Życie po nowotworze
Wraz z zakończeniem leczenia chciałam jak najszybciej wrócić do pracy, do normalnego życia więc gdy tylko mój organizm dawał znaki, że czuje się coraz lepiej (wrócił smak jedzenia!) wróciłam.
Szczerze powiedziawszy patrząc na zdjęcia z tamtego okresu nie jestem w stanie nawet wybrać żadnego, które chciałabym tu wstawić, ponieważ patrząc na nie wiem jak wtedy się czułam i nie chciałabym wrócić do tego stanu psychicznego. Pamiętam dokładnie do wtedy czułam, to był ciężki czas.
To było bardzo dziwne
uczucie. Byłam jak w euforii, wszystko było dla mnie super! Super, że mogłam
gdzieś wyjść, super, że wróciłam do pracy, poznałam nowych ludzi, mój kumpel za
mną tęsknił, mogliśmy w końcu pograć na playu w pracy! Ale było też zupełnie
dziwnie. Jako, że nie mogłam pić alkoholu to kontakt z ludźmi z mojego miasta
był znikomy, gdyż nie chodziłam na miasto. Jeżdżenie z przyjaciółkami na
imprezy wiązało się z prowadzeniem auta i ogarnianiem pijanych ludzi. Na
wakacjach na Santorini przy wypiciu w końcu lampki wina dowiedziałam się, że
tęskniono za pijaną mną, bo jestem śmieszniejsza. Czy było mi miło to usłyszeć?
Nie. Ale jakoś to przeżyłam.
Euforia prowadząca na dno
Moja euforia „powrotu do życia” połączyła się
również z nowym związkiem, więc żyłam na pełnych obrotach i faktycznie czułam
się jakby po raku życie faktycznie miało zmieniać się na lepsze dlatego
postanowiłam, że nie potrzebuje żadnej terapii. Kiedyś zostałam napadnięta,
poradziłam sobie wtedy bez terapii, więc i teraz sobie przecież poradzę.
Niestety tak się nie stało. Owszem przez jakiś czas dawałam sobie radę jednak
od pewnego momentu to był jeden wielki zjazd w dół. Pojawiły się częste kłótnie
i obarczanie ukochanej osoby wszystkim czym tylko się da, pojawiła się
zazdrość, potrzeba bycia najważniejszą i zawsze w centrum uwagi oraz
zamartwianie się dosłownie wszystkim. To tylko w kwestii życia uczuciowego.
Poza nim pojawił się lęk przed prowadzeniem auta, bo co jeżeli ktoś we mnie
uderzy (nigdy nie uważałam się za świetnego kierowcę więc obawa była ogromna), umrę
i całe to leczenie pójdzie na nic.
Kolejną rzeczą była moja kondycja. Jako, że kiedyś
byłam prawie codziennie na siłowni narzuciłam sobie, że muszę wrócić do formy.
Nie udało się. Mój organizm był tak wykończony leczeniem, że nie byłam w stanie
przebiec nawet 5 minut. Oczywiście dobiło mnie to na maxa i czułam się totalnie
bezużyteczna. Nieustający i wręcz paraliżujący mnie lęk dotyczył również
nawrotu choroby.
Pojawiły się również lęki przed robieniem czegokolwiek nowego co było dla mnie choćby trochę ekstremalne. Kiedy mój ukochany próbował mnie nauczyć jeździć na desce snowboardowej wywróciłam się na wyciągu, poturbowałam, popłakałam i powiedziałam, że już nigdy więcej tego nie zrobię i mam dość. Tak było z wieloma rzeczami i za każdym razem pojawiał się również ogromny ból głowy oraz ogromne zagubienie, zmęczenie i złe myśli. Wszystko na raz.
Terapia
Kiedy osiągnęłam już
kompletne dno i skrzywdziłam najważniejsze dla mnie osoby dotarło do mnie, że
nie daje sobie rady zwyczajnie z tym co wydarzyło się w moim życiu i umówiłam
się na wizytę u psychologa i szczerze? To była chyba najważniejsza decyzja
mojego życia.
Przepracowałam moją przeszłość, moją chorobę, moje
lęki, moje zachowania, zazdrość, to co czułam, czuje i mogę czuć w przyszłości.
Spędziłam dużo czasu na zrozumieniu tego wszystkiego i pogodzeniem się z tym,
że to co mnie spotkało wcale nie musi być przekleństwem. Przede wszystkim
podczas jednej wizyty dotarło do mnie jak silną jestem osobą skoro poradziłam
sobie z chorobą nowotworową i jak wiele zawdzięczam sobie samej.
I tutaj słowo do was: Jeżeli dowiedzieliście się, że jesteście chorzy, jesteście w trakcie leczenia jakiejś choroby lub właśnie je zakończyliście skonsultujcie się z psychologiem! Nawet jeżeli nie czujecie takiej potrzeby człowiek chorując ma różne myśli, również samo leczenie może wpływać na mózg tak jak nawet sobie tego nie wyobrażacie. Dokładnie taka sama sytuacja pokazana jest w wspomnianym już przeze mnie serialu „Alexa i Katie” z Netflixa.
Ten post był dużo bardziej osobisty niż wszystkie
jednak czułam potrzebę (mimo, że w dużym skrócie) podzielenia się tym z wami.
Dlaczego? Bo chciałabym aby ludzie byli tego świadomi, że nie zawsze „wygranie
z rakiem” czy „pokonanie raka” oznacza „nowe życie”. Nie zawsze to oznacza, że
od teraz będziemy żyć pełnią życia, skakać na bungee, nauczymy się jeździć na
motorze i będziemy żyć „jakby jutra nie było”. Czasem pojawiają się lęki,
emocje, których nie potrafimy opisać, bóle głowy czy nerwy. Czasem nie
potrafimy sobie poradzić z tym, że byliśmy chorzy, a co dopiero z tym, że
musimy teraz po tej chorobie znów wrócić wśród ludzi, którzy oczywiście nie
wiedzą, że przez ostatnie 10 miesięcy byliśmy przywiązani do łóżka. Ważne jest
też to by prosić o pomoc kiedy sami nie dajemy rady. Ja poprosiłam i naprawiłam
swoje życie, naprawiłam relacje z bliskimi, a przede wszystkim naprawiłam
relację z samą sobą, a to jest najważniejsza relacja, którą często zaniedbujemy,
a przecież ta relacja trwa całe nasze życie.
Komentarze
Prześlij komentarz