Jak sobie radziłam z chorobą?
Hej, dzisiaj chciałabym opisać co nie co o całym okresie przebytej choroby, jak to wyglądało i co tak naprawdę działo się w mojej głowie. Jak już napisałam w poprzednim poście o tym jak dowiedziałam się o tym, że jestem chora, który znajdziecie tu wraz z rozpoczęciem leczenia zniknęłam.
Spowodowane to było tym, że miałam ochotę po
prostu się ukryć, było mi dziwnie pogodzić się z tym co się wydarzyło i nie
chciałam, żeby niektóre osoby wypytywały o chorobę, a przede wszystkim, żeby
było im mnie żal. Oczywiście doszło do tego jeszcze coś nad czym podejrzewam,
że każdy z nas zastanawia się w takiej sytuacji, a mianowicie ciekawość kto tak
naprawdę zainteresuje się i sam napisze. Niektórzy dowiadywali się od moich
przyjaciółek i pytały je co u mnie, a niektórzy dobrze wiedzieli co się
wydarzyło, ale nie odzywali się do mnie co w sumie było turbo przykre, bo mimo,
że sama wybrałam taki sposób radzenia sobie z tą chorobą to jednak czułam się
bardzo samotna. Na szczęście było kilka osób, które regularnie pytały jak się
czuje, właściwie to oprócz moich przyjaciółek, które mnie często odwiedzały to
można by powiedzieć, że może jedna, dwie osoby chciały wiedzieć jak się czuję i
pisały np. raz w miesiącu (w tym ktoś kto za kilka miesięcy zostanie moim
mężem).
Miałam dużo szczęścia, że tak naprawdę tylko na
dwie chemie musiałam być na dłużej w szpitalu, resztę dostawałam na
chemioterapii dziennej, więc większość choroby spędziłam w domu pod opieką
moich rodziców. Zbliżyło nas to do siebie, a nasze relacje zdecydowanie nadal
są dużo lepsze niż były wcześniej. Oczywiście jak każde chore dziecko (tak
podejrzewam) usłyszałam od obojga, że „woleliby gdyby to byli oni a nie ja” (o
ironio, ale o tym później), ja jednak zawsze byłam zdania, że może to lepiej,
bo mam młodszy i silniejszy organizm, a poza tym żyłam takim przekonaniem, że
nic nie dzieje się w życiu bez przyczyny.
Taka młoda, a już ją dorwało!
To tekst, który
słyszałam REGULARNIE w szpitalu, powaga. Czy to od starszych osób chorujących,
czy to od pielęgniarek, po prostu klasyk. Ogólnie samo leczenie to straszne
paskudztwo, po prostu czułam jak chemioterapia niszczy mój organizm (wierzcie
mi, nadal odczuwam tego skutki). Oczywiście jeszcze czytając na różnych
stronach internetowych naczytałam się, że najgorsza to jest chemia czerwona, a
jaką miałam wlewaną? Między innymi czerwoną! Nie będę ukrywać też, że z każdą
chemią wlewaną w mój organizm co dwa tygodnie czułam się coraz gorzej. Przy
trzecim cyklu pojawiły się gorączki i wymioty. Kiedy opiekowała się mną siostra
w jeden wieczór tuż po chemii wyglądałam jak Dumbledore w 6 części Harrego
Pottera kiedy prosi Harrego o wodę po wypiciu trucizny by zdobyć horkruksa
(tak, jestem Potterhead).
Najgorsze było to, że kiedy dochodziłam do siebie
po jednym wlewie to kończył się drugi tydzień i trzeba było przyjąć kolejny.
Nie będę więc mówić, że nie czułam się jak gówno, bo czułam się na maxa jak
gówno, ale wierzcie mi przez większość czasu nawet nie można było zorientować
się, że jestem chora. Kolejna sytuacja, którą pamiętam do dziś to kiedy siostra
zabrała mnie na zakupy, żeby polepszyć mi humor. Oczywiście poszłam w masce jak
to w sumie najlepiej robić kiedy jest się w trakcie chemioterapii, gdyż
odporność jest turbo słaba. Gdy weszłam do przymierzalni przygotowanej przez
dziewczynę z obsługi ta wychodząc zapytała: „Mogę zapytać dlaczego ma pani na
sobie maseczkę?” (jakby to kogokolwiek obchodziło, serio), na co
odpowiedziałam, że mam raka, a dziewczynie zrobiło się bardzo głupio i mnie
przepraszała.
Co do włosów o dziwo
bardzo długo miałam swoje własne, aż po prawie pół roku leczenia pielęgniarki
powiedziały mi, że przy przyjmowaniu chemii i tak lepiej je ostatecznie zgolić
dlatego, że nowe włosy, które wyrastają na tych starych są bardzo złej
kondycji. Kiedy więc już znalazłam perfekcyjną perukę, która była kopią mojej
fryzury z początku studiów zrobiliśmy to. Przy wsparciu całej rodziny
zgoliliśmy włosy co było dla mnie traumatycznym przeżyciem. Od kiedy pamiętam
zawsze podobały mi się długie włosy bądź średniej długości, więc zostanie nagle
kompletnie bez nich to był dla mnie jakiś koszmar.
Simsy, Przyjaciele i Harry Potter
Tak, te trzy rzeczy to
jedne z tych, które pomogły mi przetrwać ten okres. Oczywiście było też mnóstwo
innych seriali, wszystkie moje ulubione filmy „romantyczne dla nastolatek” czy
inne serie książek i ich ekranizacji. Bo tak naprawdę nie oszukujmy się, co
innego miałam robić? Leżałam w łóżku przez większość dnia, czasem nie potrafiąc
się ruszyć nawet do toalety i to naprawdę była dla mnie największa rozrywka.
Jedną również z ważniejszych dla mnie „postaci”
był mój już niestety świętej pamięci pies. Był on zawsze przy mnie i pilnował
za każdym razem gdy wracałam ze szpitala po chemii. Uwierzcie mi, jeżeli ktoś
pyta dlaczego tak kocham psy to zawsze przypomina mi się właśnie to. Edek był
ciężkim psem, często agresywnym, bardzo indywidualnym, ale czuł to, że coś jest
nie tak i jak wracałam ledwo żywa po chemii i kładłam się do łóżka zawsze leżał
ze mną.
Żeby was już nie
zanudzać skończę ten temat, a w kolejnym poście może opowiem trochę dokładniej
jak wyglądało moje leczenie i ile na nim spędziłam.
Komentarze
Prześlij komentarz