Jak przebiegało moje leczenie?
Jak wspominałam w poprzednim poście dzisiaj
chciałabym opisać co nieco o tym jak przebiegało całe moje leczenie. Myślę, że
nie będę się nad tym rozpisywać jakoś bardzo, więc postaram się streścić mniej
więcej jak ono wyglądało.
Kiedy dowiedziałam się będąc w szpitalu na
diagnozie, że zachorowałam na Chłoniaka w głowie miałam tylko najgorsze wizje.
Rozpoczynając chemioterapie wiedziałam tylko to co mogłam przeczytać w
Internecie i oczywiście to co przedstawiane było w filmach. Teraz jak o tym
myślę „moją wersję” najlepiej przedstawia mini serial „Alexa i Katie” na
Netflixie. I mimo tego, że zdecydowanie nie każdemu ten serial przypadnie do
gustu (jest bardziej w stylu seriali Disney Channel) to opowiada on to jak dużo
ludzi przeżywa nowotwory. Ci ludzie, o których nie słyszymy, nie widzimy
zbiórek pieniędzy, czy nie potrzebują dawców. Takich ludzi jest mnóstwo.
Niestety żyjemy w przekonaniu, że nowotwór to tak straszna choroba, że boimy
się o tym rozmawiać, a gdy dowiadujemy się, że ktoś na niego choruje (czy sami
zachorujemy) naszą pierwszą wizją jest śmierć. Nowotwór = łysa głowa = śmierć.
Oczywiście ludzie nadal umierają na raka, a nowotwory to cholerne paskudztwo i
nikomu tego nie życzę, ale musimy się pogodzić z tym, że z roku na rok
zachorowań jest coraz więcej i jeżeli nam bądź komuś nam bliskiemu przydarzy
się ta choroba musimy pamiętać by przede wszystkim się nie poddawać oraz nie
nastawiać na najgorsze.
No dobrze, ale nie o tym miało być. Jak już
mówiłam chemioterapia to straszne paskudztwo i nikomu nie życzę tego co czujesz
gdy jest ona wprowadzana do Twojego organizmu. W moim przypadku jeden cykl
chemii trwał 4 tygodnie, co dwa tygodnie wlew, a po 6 cyklach miał być koniec
więc kiedy zgłaszałam się na oddział na 6 cykl byłam już pełna nadziei, że to
nareszcie koniec! Niestety okazało się, że jest „tego” więcej niż na początku
usłyszałam i nowotwór objął nie tylko moją szyje i pachy, ale również
śródpiersie, a żeby być pewnym, że wszystko będzie wyleczone muszę mieć jeszcze
kilka chemii lub radioterapię. Oczywiście załamałam się na maxa tą wiadomością,
bo liczyłam na to, że to nareszcie koniec, wrócę do ludzi, wrócę do pracy
(bardzo tęskniłam za pracowaniem), wrócę „na miasto”, ale niestety
rzeczywistość okazała się nieco inna. Radioterapia.
Wieczorne naświetlania
Żeby zacząć
naświetlanie musiało minąć trochę czasu, musiałam mieć ustaloną ilość
naświetlań, natężenie etc, przygotowano mi również maskę na ciało, a to
wszystko dlatego by nie stała mi się krzywda w trackie naświetlań. W sumie nie
wspominałam o tym wcześniej, ale najbardziej ironiczne w całej sytuacji
chorowania na nowotwór jest fakt, że człowiek dostaje do podpisania zgody na
leczenie i podpisuje je, bo przecież nie ma innego wyjścia, chce wyzdrowieć. Na
każdej z tych zgód wypisane są zawsze skutki uboczne, a przy moim naświetlaniu
jednym z ryzyka był rak płuc czy piersi.
Miałam rozpocząć radioterapie w swoje urodziny,
ale na szczęście okazało się, że lekarze i fizycy nie są jeszcze gotowi więc
przełożono to rozpoczęcie na kolejny tydzień, mogłam więc świętować swoje
urodziny z przyjaciółkami w domu jedząc pizzę. Radioterapia rozpoczęła się jakoś
pod koniec kwietnia i jeździłam na 20 naświetlań codziennie przez prawie 3
tygodnie. Na szczęście w tym ciężkim czasie mogłam liczyć na pomoc rodziny i
przyjaciół, żeby dostać się do szpitala. Miałam też opcje zostać w jakimś
hotelu w Gliwicach, bądź przyszpitalnym hotelu, ale samotność, którą bym tam
czuła zdecydowała, że odpuściłam. Musiałam zakrywać miejsca naświetlania przed
słońcem, a właśnie była wiosna i wiedziałam, że całe lato spędzę w golfie. Było
to trochę dobijające, ale wiedziałam, że tak już musi być. Smarowałam również
miejsca naświetleń specjalnym kremem poleconym od lekarza, bo skóra w tym
miejscu była zwyczajnie spalona po naświetlaniach.
Znosiłam te
naświetlania całkiem w porządku porównując do tego co słyszałam od jednej
starszej Pani, z którą kiedyś leżałam na sali, a mianowicie 20 lat temu
radioterapia wypaliła jej całe kubki smakowe i od tego momentu nie czuje
smaku…Bardzo mnie to wystraszyło, ale byłam dobrej myśli, bo przecież to tylko
20 naświetlań. Aż przy jakiejś 16 wizycie zaczęłam czuć niesamowity ból. Ból w
trakcie jedzenia, przełykania. Od tego momentu moja ukochana mama miksowała mi
każdy obiad i przyjmowałam tylko i wyłącznie płyny. To było dziwne. Mega
dziwne. Ostatecznie przy finiszu leczenia straciłam smak.
Komentarze
Prześlij komentarz